Miejsce, w którym wojna nie istniała. A raczej miejsce, w
którym nie mogła egzystować. Choć mogłoby się rozwijać i stać tak wspaniałe,
jak wielkie miasta, wolało pozostać w ich cieniu i siedzieć tam grzecznie, aż
do apokalipsy.
Czym wojna była, czym wojna jest, czym wojna będzie? Cóż to
za pytanie? Przecież tutaj żyło się z dnia na dzień.
Na ganku domku siedziała dziewczyna. Z kocem zarzuconym na
ramiona, wpatrywała się w wirujące płatki śniegu. Czy było zimno? Owszem. Ale
jej to specjalnie nie przeszkadzało. Chorowita, wiecznie musiała leżeć w łóżku.
A gdy tylko poczuła się lepiej, chciała wykorzystać każdą chwilę do
obserwowania otaczającego ją świata. Biel zimy nie przeszkadzała jej w snuciu
marzeń o krajach ciepłych i pięknych. Całym sercem wierzyła, że kiedyś i ona
będzie mogła zobaczyć resztę świata.
Tą dziewczyną byłam ja.
Wpatrywałam się w chłodny puch przekonana, że cała ziemska
populacja ogranicza się do mojej matki i sąsiadów. No bo w końcu, w tych
gorących lasach pewnie mieszkają same zwierzęta, owady… Człowiek nie dałby rady
przejąć tego wszystkiego i stanąć najwyżej, depcząc faunę i florę.
Tak mi mówili sąsiedzi. Tak powtarzała matula. Więc dlaczego
miałoby być inaczej?
Byliśmy małą społecznością, która wolała skupić się na
własnym „legowisku” i nie oddalać od bezpiecznego domu. Nikt nie spisał nakazów
i zakazów, wszyscy kierowali się zasadą; „Nie można opuszczać wioski”. No, może
nie do końca każdego obowiązywała… Już dawno przed moimi narodzinami ustalono,
że zostanie stworzona Specjalna Grupa Do Kontaktu Ze Światem Zewnętrznym. I po
jakimś czasie, rzeczywiście taka powstała.
Aktualnie należą do niej ojciec i jego dwóch dorosłych
synów. Za każdym razem, gdy ktoś z Grupy umiera, albo ciężko choruje, zostaje
wybierana nowa osoba. Zawsze jest mężczyzną. Powinna być powiązana z osobami
tworzącymi Grupę w danej chwili.
Właśnie dzięki tym „śmiałkom”, jak to powiada moja mama, w
czasie chłodu mamy dostęp do jedzenia, czasem przywiozą ze sobą zwierzęce skóry
czy… No i właśnie w tym momencie zaczynają się moje wątpliwości.
W dalszym ciągu nie wierzę, że te wszystkie kartki, ołówki,
czasem książki czy ubrania, które przynosi do domu moja mama, są wytwarzane w
naszej wiosce. Ale ten fakt wskazywałby na istnienie innych ludzi. Albo innych
istot…
*
- Mamo, co robisz?
- Czytam.
- Ale czytałaś tę
samą książkę już jakiś czas temu.
Mama niedbale machnęła ręką i westchnęła cicho, spoglądając
na mnie zza lektury.
- Po prostu to moja
ulubiona książka i za każdym razem przeżywam ją od nowa. – mruknęła cicho,
przymrużając swoje piwne oczy.
- Ale to przecież
nudne! W kółko czytasz to samo… Nie wolałabyś czegoś innego?
- …córko.
- Tak?
- Jesteś za młoda i
jeszcze zbyt mało rozumiesz.
- Jak to?
- Kiedyś sama się
przekonasz.
Westchnęłam ciężko, krzyżując ręce. Chciałam odpowiedzieć
czymś gorzkim na słowa mojej rodzicielki, ale wiedziałam, że nie powinnam z nią
dyskutować. A raczej nie mam prawa. Odkąd Tato odszedł, została ze mną sama. Od
zawsze sporo chorowałam, więc teraz wszystko spadło na jej barki- dbanie o moje
zdrowie, o finanse, o stan domu. Była bardzo zaradna. Nie przypominam sobie,
żeby kiedykolwiek płakała.
O rodzicach Mamy nie wiem nic. Zawsze, gdy zaczynałam ten
temat i chciałam dowiedzieć się o czymkolwiek, ona zbywała mnie słowami „Nie
mam teraz ochoty na rozmawianie o nich.” Podejrzewam, że od wielu lat nie żyją,
albo… No właśnie, co? Mieszkają z nami w wiosce? To brzmi trochę komicznie-
mieszkać dom w dom z ludźmi, których namiastka jest w Tobie, a traktujesz ich
jak zwykłych sąsiadów.
I tu po raz kolejny nasuwa się pytanie- czy jest coś poza
wioską? Może rodzice Mamy mieszkali gdzieś za lasem, daleko stąd? Odcięli się
od cywilizacji, ale ich córka nie mogła tego wytrzymać i… Uciekła. Brzmi
prawdziwie. Gdyby tylko Mama chciała powiedzieć mi coś więcej…
~Victoria Blanc

Masz po prostu niesamowity styl budowania scenerii, która wprost idealnie gra z rzeczywistością zbudowaną wraz z bohaterami. Cieszę się, że kolejne opowiadanie o blogu będzie dotyczyło wojny - najważniejsze jest, aby nie zapominać o swoich przodkach, którym zawdzięczamy przede wszystkim to, że dziś możemy mówić po polsku. Świetny rozdział, szykuje się coś naprawdę pięknego!
OdpowiedzUsuńTrudno w ogóle jest opisać uczucia, jakie towarzyszą mi po przeczytaniu tego rozdziału. Tak przecudownie opisałaś nam całą tę atmosferę, że przez chwilę poczułam się jakbym była tam między matką i córką i uczestniczyła w tej rozmowie. Opis scenerii również genialny. :)
OdpowiedzUsuńWciąż mnie to zastanawia i chyba już zawsze będzie, jeśli chodzi zarówno o ten pierwszy rozdział jak i o prolog, w jaki sposób tak młoda osoba potrafi napisać coś tak, aby zachwycić tym naprawdę w stu procentach. Oprócz tego sądzę, że sekret dobrego pisania tkwi w długości - ty Victorio piszesz rozdziały krótkie, nie rozpisujesz się na trzysta stron, a to jest dopiero sztuka napisać coś w kilku zdaniach by brzmiało nawet lepiej niż coś, co inni zawierają w pięćdziesięciu. Jestem pod wrażeniem.
OdpowiedzUsuń