sobota, 31 stycznia 2015

127. "Wiolonczela" Rozdział I




Miejsce, w którym wojna nie istniała. A raczej miejsce, w którym nie mogła egzystować. Choć mogłoby się rozwijać i stać tak wspaniałe, jak wielkie miasta, wolało pozostać w ich cieniu i siedzieć tam grzecznie, aż do apokalipsy.
Czym wojna była, czym wojna jest, czym wojna będzie? Cóż to za pytanie? Przecież tutaj żyło się z dnia na dzień.

Na ganku domku siedziała dziewczyna. Z kocem zarzuconym na ramiona, wpatrywała się w wirujące płatki śniegu. Czy było zimno? Owszem. Ale jej to specjalnie nie przeszkadzało. Chorowita, wiecznie musiała leżeć w łóżku. A gdy tylko poczuła się lepiej, chciała wykorzystać każdą chwilę do obserwowania otaczającego ją świata. Biel zimy nie przeszkadzała jej w snuciu marzeń o krajach ciepłych i pięknych. Całym sercem wierzyła, że kiedyś i ona będzie mogła zobaczyć resztę świata.
Tą dziewczyną byłam ja.
Wpatrywałam się w chłodny puch przekonana, że cała ziemska populacja ogranicza się do mojej matki i sąsiadów. No bo w końcu, w tych gorących lasach pewnie mieszkają same zwierzęta, owady… Człowiek nie dałby rady przejąć tego wszystkiego i stanąć najwyżej, depcząc faunę i florę.
Tak mi mówili sąsiedzi. Tak powtarzała matula. Więc dlaczego miałoby być inaczej?
Byliśmy małą społecznością, która wolała skupić się na własnym „legowisku” i nie oddalać od bezpiecznego domu. Nikt nie spisał nakazów i zakazów, wszyscy kierowali się zasadą; „Nie można opuszczać wioski”. No, może nie do końca każdego obowiązywała… Już dawno przed moimi narodzinami ustalono, że zostanie stworzona Specjalna Grupa Do Kontaktu Ze Światem Zewnętrznym. I po jakimś czasie, rzeczywiście taka powstała.
Aktualnie należą do niej ojciec i jego dwóch dorosłych synów. Za każdym razem, gdy ktoś z Grupy umiera, albo ciężko choruje, zostaje wybierana nowa osoba. Zawsze jest mężczyzną. Powinna być powiązana z osobami tworzącymi Grupę w danej chwili.
Właśnie dzięki tym „śmiałkom”, jak to powiada moja mama, w czasie chłodu mamy dostęp do jedzenia, czasem przywiozą ze sobą zwierzęce skóry czy… No i właśnie w tym momencie zaczynają się moje wątpliwości.
W dalszym ciągu nie wierzę, że te wszystkie kartki, ołówki, czasem książki czy ubrania, które przynosi do domu moja mama, są wytwarzane w naszej wiosce. Ale ten fakt wskazywałby na istnienie innych ludzi. Albo innych istot…
*
 - Mamo, co robisz?
 - Czytam.
 - Ale czytałaś tę samą książkę już jakiś czas temu.
Mama niedbale machnęła ręką i westchnęła cicho, spoglądając na mnie zza lektury.
 - Po prostu to moja ulubiona książka i za każdym razem przeżywam ją od nowa. – mruknęła cicho, przymrużając swoje piwne oczy.
 - Ale to przecież nudne! W kółko czytasz to samo… Nie wolałabyś czegoś innego?
 - …córko.
 - Tak?
 - Jesteś za młoda i jeszcze zbyt mało rozumiesz.
 - Jak to?
 - Kiedyś sama się przekonasz.
Westchnęłam ciężko, krzyżując ręce. Chciałam odpowiedzieć czymś gorzkim na słowa mojej rodzicielki, ale wiedziałam, że nie powinnam z nią dyskutować. A raczej nie mam prawa. Odkąd Tato odszedł, została ze mną sama. Od zawsze sporo chorowałam, więc teraz wszystko spadło na jej barki- dbanie o moje zdrowie, o finanse, o stan domu. Była bardzo zaradna. Nie przypominam sobie, żeby kiedykolwiek płakała.
O rodzicach Mamy nie wiem nic. Zawsze, gdy zaczynałam ten temat i chciałam dowiedzieć się o czymkolwiek, ona zbywała mnie słowami „Nie mam teraz ochoty na rozmawianie o nich.” Podejrzewam, że od wielu lat nie żyją, albo… No właśnie, co? Mieszkają z nami w wiosce? To brzmi trochę komicznie- mieszkać dom w dom z ludźmi, których namiastka jest w Tobie, a traktujesz ich jak zwykłych sąsiadów.
I tu po raz kolejny nasuwa się pytanie- czy jest coś poza wioską? Może rodzice Mamy mieszkali gdzieś za lasem, daleko stąd? Odcięli się od cywilizacji, ale ich córka nie mogła tego wytrzymać i… Uciekła. Brzmi prawdziwie. Gdyby tylko Mama chciała powiedzieć mi coś więcej…

~Victoria Blanc

3 komentarze:

  1. Masz po prostu niesamowity styl budowania scenerii, która wprost idealnie gra z rzeczywistością zbudowaną wraz z bohaterami. Cieszę się, że kolejne opowiadanie o blogu będzie dotyczyło wojny - najważniejsze jest, aby nie zapominać o swoich przodkach, którym zawdzięczamy przede wszystkim to, że dziś możemy mówić po polsku. Świetny rozdział, szykuje się coś naprawdę pięknego!

    OdpowiedzUsuń
  2. Trudno w ogóle jest opisać uczucia, jakie towarzyszą mi po przeczytaniu tego rozdziału. Tak przecudownie opisałaś nam całą tę atmosferę, że przez chwilę poczułam się jakbym była tam między matką i córką i uczestniczyła w tej rozmowie. Opis scenerii również genialny. :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Wciąż mnie to zastanawia i chyba już zawsze będzie, jeśli chodzi zarówno o ten pierwszy rozdział jak i o prolog, w jaki sposób tak młoda osoba potrafi napisać coś tak, aby zachwycić tym naprawdę w stu procentach. Oprócz tego sądzę, że sekret dobrego pisania tkwi w długości - ty Victorio piszesz rozdziały krótkie, nie rozpisujesz się na trzysta stron, a to jest dopiero sztuka napisać coś w kilku zdaniach by brzmiało nawet lepiej niż coś, co inni zawierają w pięćdziesięciu. Jestem pod wrażeniem.

    OdpowiedzUsuń